Sunęłam po dzikim, nieznanym morzu Odpychałam na boki wody chaosu. Zapaliłeś latarnię, skręciłam szalupę. Fala najwyższa uniosła skorupę. Ty latarnikiem, ja byłam sternikiem tej nędznej łajby o nazwie "Me Życie"
Rozświetlałeś mi zawsze drogę Dlaczego do portu przybić nie mogę? Nabrałam w łajbę wody jak w usta. Jest zatopiona w połowie czy pusta? Mam się zamoczyć, zachłysnąć czy uschnąć? Morze kołysze, lecz tu ani pić ,ani usnąć.
Bo przy latarni kotwiczyć nie można. Latarnik jest mężem i ojcem za dnia. Ogień nocą rozpala i dba by nie gasło. Świtem schodzi na ląd i gasi ci światło. Dziurawisz łajbę na skalistym zboczu I "woda morska" wycieka ci z oczu.
Dzisiaj mam również morze chaosu Na dnie podróżnego z kawą termosu. Oblewam się śmiechem i dalej płynę wszystkie latarnie na pewno ominę. A gdy nad ranem zapragnę przystani Wtulę się w ciebie mój ukochany.