Prądem aut miejskich co dzień niesiona Zmieszana z ludzkim, szarym planktonem Lecz marzeń mych nie złowią żadne sieci Płyną pod prąd jak zbuntowane dzieci.
W ich morzu woda do nieba się leje Zanurzam się w nim po uszy i nie starzeję. Bulgoczę ze złości, z radości rozpływam. Odpływam tam stale, gdy Ciebie nie ma.
Roztapiam jak cukierek w ustach dziecka Nasiąkam jak tort rumowym likierem Rozmiękam jak biszkopt nasączony mlekiem Wysycham bez wody, jestem człowiekiem.
A ty wylałeś wokół swój cień bezlitosny Oblałeś tysiącem spojrzeń miłosnych Rozlałeś rumieńce na mojej twarzy Napełniłeś po brzegi jaskinię wrażeń.
Smakujesz wiecznością i ulotnością Pachniesz życiem i nicością Wypełniasz myślami pusty dzban nocy. Jak woda sodowa uderzasz do głowy.