W listopadowym chłodzie poranka jesień odeszła jak miłość kochanka. Trawy szronem posiwiały... Drzewa czekają na powrót gawronów Kto mnie otuli z nadejściem chłodów?
Mroźne sztylety wbite w nozdrza prostują ramiona na baczność. Kroczę w błyskach letnich wspomnień dywanem którego zwinąć nie można. Suche liście z góry mi klaszczą.
Gdzie podziać przed zimą krew prawie zastygłą, gdy nie ma korzeni pojemnych? Serca i drzewa w lasach pękają w temperaturach ujemnych...
Gdzie wylać łez wody podskórne gdy łąki już dawno skoszone? Na grobach kochanych kwiaty nie więdną, słonymi kroplami zroszone... Pożegnam tam miłość jesieni niewierną i wszystkie nadzieje me durne.
W listopadowym chłodzie poranka jesień odeszła jak miłość kochanka. Trawy szronem posiwiały... Drzewa czekają na powrót gawronów Kto mnie otuli z nadejściem chłodów? Kto mnie otuli z nadejściem chłodów?