เนื้อเพลง
Z Augustowa ruszamy o świcie.
Powietrze chłodne, w bakach pełno paliwa.
Darek na Suzuki, Marek na BMW.
Droga prowadzi na południe,
asfalt znika pod kołami,
a w głowie tylko jeden kierunek — Afryka.
Genua pachnie solą i ropą.
Na promie słychać język wielu ludzi,
każdy jedzie po coś innego.
My po przestrzeń, po kurz, po słońce,
po to, żeby zobaczyć,
gdzie kończy się Europa.
Tanger wita ciepłem i chaosem.
Kolory, zapachy, hałas,
i pierwsze kilometry po innej ziemi.
Drogi są pełne piachu i kamieni,
motocykle drżą,
a my uczymy się nowego rytmu —
wolniejszego, cięższego, prawdziwego.
Na Saharze jest gorąco jak w piecu.
Piasek wchodzi wszędzie — w ubranie, w oczy, w serce.
Silniki gotują się w upale,
a woda kończy się szybciej, niż myśleliśmy.
Jedziemy dalej, bo nie ma odwrotu.
Każdy kilometr to decyzja.
W górach zimno.
Termometr pokazuje +1,
ręce sztywnieją,
ale widok z przełęczy odbiera słowa.
Kaniony, przepaście, wiatr.
Tu nie ma żartów,
tylko droga i dwóch ludzi na niej.
Wieczorem siadamy obok motocykli.
Cisza, tylko echo silników w głowie.
Rozmawiamy mało,
bo nie trzeba mówić nic.
Wszystko już wiemy —
co znaczy zmęczenie, pragnienie, wolność.
Wrócimy do Augustowa,
inni, niż gdy wyjeżdżaliśmy.
Nie dla zdjęć, nie dla opowieści.
Tylko dla tej chwili,
kiedy asfalt kończy się w piasku,
a człowiek naprawdę jedzie —
tam, gdzie zawsze chciał być.