Całuję matki płowiejące oczy z ich błękitem całe niebo odchodzi, z drzew przed zimą ulatują dusze, mnie dzieciństwo od narodzin opuszcza.
Stanę jak one, przed mrozem obnażone, wyprostowane, ciche, na śmierć gotowe. Na wieczny chłód czas się szykować, czy to już przyszła, czy nie przyszła pora.
Ciepłe dusze gęstą mgłą już do snu kładą się w dolinach. Gdy rankiem mnie zostawiasz samą też czuję, że nadchodzi zima.
Jej kres wyznacza ust twych dotyk jak pierwszy kwiat nadejście wiosny. Cykl zim i wiosen ciągle się powtarza, coraz mniej jest dziecka we mnie, i coraz więcej potrzebuję lata.
coraz mniej jest dziecka we mnie, i coraz więcej potrzebuję lata...