كلمات
Gdy świt uderza w szyby jak odłamek szkła,
Wstaję, choć w środku jeszcze gęsta, nocna mgła.
W lustrze nie widzę twarzy, widzę chłodną płytę,
Wszystkie lęki i wstydy pod spodem ukryte.
Bo świat to poligon, gdzie nie pytają o ból,
Więc wkładam ten pancerz, mój twardy, ciasny strój.
Jestem jak czołg, co w błocie po wieżę ugrzązł,
Lecz gąsienicą tnie ziemię, choć silnik się dąsa.
W głowie huczy mechanizm, tryby zgrzytają o siebie,
Gdy w stresie i w tłumie szukam punktu na niebie.
Zakłopotanie – ten piach, co w przekładnie wpada,
Chce mnie zatrzymać, unieruchomić, dopada.
„Bądź twardy!” – krzyczą głosy z wnętrza radiostacji,
Choć serce, ten jedyny pasażer bez racji,
Tłucze się o grodzie, o stalowe ściany,
Jak ptak w żelaznej klatce, cicho obłąkany.
Ludzie widzą lufę, widzą wieżę dumną,
Nie wiedzą, że ten pancerz bywa też trumną.
Gdy słowo zastyga w gardle jak zacięty nabój,
Gdy pot na skroni perli się – ty tylko stój.
Niech myślą, żeś z żeliwa, że nic cię nie rusza,
Że pod tą grubą blachą nie drży żadna dusza.
A ty licz sekundy, jak wybuchy na przedpolu,
Ucząc się milczenia i własnego mozołu.
Bo być jak czołg, to nie znaczy nie czuć wcale,
To znaczy iść naprzód, choć w środku wszystko w szale.
To dźwigać ten ciężar, to duszne, ciasne wnętrze,
I wygrać bitwę o własne, spokojne jutro – najgorętsze.
Aż w końcu przyjdzie zmierzch, opadnie dym i kurz,
I będziesz mógł ten pancerz zrzucić z siebie już.